czwartek, 31 maja 2012

mydelniczki muszelki




Ceramiczności tym razem nie w turkusach :) wręcz przeciwnie.
Na mydełko do łazienki nie tylko w pomarańczach. Podobno mają być pozytywnym akcentem.




niedziela, 27 maja 2012

muffiny z truskawkami

Nastał truskawkowy czas. Mam plan jeść tyle tych pysznych owoców, aż będę miała po uszy i wystarczy mi truskawkowości na cały rok. Fazę na muffiny nadal mam, zatem musiały siłą rzeczy powstać babeczki truskawkowe.


Babeczki truskawkowe, przepis na 10 szt.

2 szklanki mąki
0,5 szklanki cukru
1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
2 jajka
1 szklanka jogurtu
0,25 szklanki oleju
1 szklanka truskawek - posiekanych (truskawka podzielona na 4)

Mieszamy składniki sypkie, dorzucamy do nich truskawki. dodajemy płynne delikatnie mieszając.
Nakładamy do foremek. Pieczemy 25 min. w 170 stopniach.
(grzałka góra+dół, bez termoobiegu)
Smacznego.

ps ja dodatkowo polałam swoje wypieki polewą z mlecznej i białej czekolady. szkoda, że nie z samej białej, ale i tak było pysznie!

 

 

niedziela, 13 maja 2012

miskowa fasada

Dziwnie to brzmi. Miskowa fasada. Fasada z misek. Nikt nie odkręcił na pamiątkę, a to sklep z ceramicznymi pamiątkami. Szkoda, że sklep był już zamknięty - w środku mogłoby być ciekawie.
Sagres - Portugalia.

Nie mam swoich prac, bo znowu zaniedbałam pracownię przez pracę... a już myślałam, że jestem w stanie zdążyć na 19. Nie, nie jestem.




niedziela, 1 kwietnia 2012

kic! kic!

Pewnego wiosennego wieczoru, w pewnej pracowni na warszawskiej Pradze otworzył się gorący piec, a z niego wyskoczyły małe ceramiczne zajączki wielkanocne.

Zielony! Kic! Obecny!
Turkusowy! Kic! Obecny!
Pomarańczowy! Kic! Obecny!
Agais! Kic! Obecny!

(...) i tak odliczając do trzydziestu zapakowały się do mojej torebki, aby ulicę dalej wskoczyć do rosnącego na Święta owsa... To była sesja zdjęciowa! Iście przedwielkanocna.
Później wykicane wskoczyły do miseczki spać.



 




niedziela, 25 marca 2012

muszelki - ceramiczne mydelniczki

Mydelniczki, z kremowej gliny,  mały być pierwotnie perłowe. Niestety moje kolejne starcie z tym niewdzięcznym szkliwem skończyło się porażką. Nauczona doświadczeniem poprawiłam całość turkusem. Oto i efekty, a o perłach zapominam - trzeciego podejścia  nie robię. 

 


 Jest to poprawka po źle przepalonym szkliwie, zatem gruba warstwa całości spowodowała, że wszystko się tak lazurowo porozlewało, poplamiło - nie jest to równa warstwa jednolitego turkusu - ale i tak z efektu jestem zadowolona. Nieprzepalona perła jest okropna ;p




środa, 21 marca 2012

Ecovia, czyli rowerem w Portugalii

To nie moje foto. Widok ogólny na trasę Ecovia pochodzi z http://lisboabike.blogspot.com/
Po zwiedzaniu Lizbony i odpoczynku w pięknej miejscowości Tavira postanowiliśmy trochę się ruszyć. Gdziekolwiek byśmy nie byli, a jesteśmy pozbawieni roweru, to koniecznie musimy go wypożyczyć i wyruszyć w jakąkolwiek trasę. Udało się w Lizbonie, więc stwierdziliśmy, że będąc w na południowym wybrzeżu obowiązkiem jest przejechać się Ecovią. 
Ecovia to 214 km trasa rowerowa zaplanowana wzdłuż południowego brzegu Portugalii. Łączy ona najbardziej wysunięty na pd-zach kraniec Europy - Cabo de Sao Vincente (przylądek Św. Wincentego) z Villa Real de Santo Antonio przy granicy z Hiszpanią. Cała trasa marzy mi się do dziś i można by powiedzieć, że dosyć łatwo można by ją zrobić na spokojnie koło 4 dni. Póki co myślimy nad logistyką rowerowo-bagażową i zostawiamy sobie całość na wakacje 2012 :) W wakacje 2011 udało nam się zapoznać z jej fragmentami. Ogólnie trasa przebiega przez tereny różnego typu: od ruchliwej trasy N125 i N 122, przez mniej ruchliwe uliczki miasteczek, po ubite gliniasto-piaszczyste ścieżki. Zatem rower miejski odpada i wybraliśmy wygodne rowery górskie. 


Będąc w Tavirze wypożyczyliśmy rowery, w o dziwo, bardzo dobrym stanie jak na "wspólne dobro" tego typu. Postanowiliśmy popedałować do granicy z Hiszpanią korzystając z oznaczonej trasy. Cała idea jest fajna, ale trasa sama w sobie nie do końca jest dobrze oznakowana. Niestety kilkakrotnie jechaliśmy na czuja, a do samego punktu "zero" nie dotarliśmy, ale o tym później. Trasa bezpieczna, pomimo ruchliwych fragmentów, ale tylko dzięki kulturze jazdy Portugalczyków. U nas niestety by się to nie sprawdziło. Przykre, ale prawdziwe.
Ze względu na fakt, że to był tylko wypad rowerowy na jeden dzień nasza trasa miała wersję "tam i powrót", zatem w sumie wyszło ok. 65 km. Mapa poniżej.
 


Poranek w Tavirze. Pogoda na wycieczkę - idealna.

 



















Wyruszyliśmy rano. Pogoda nam sprzyjała, bo było ok. 26 stopni, a niebo trochę przesłaniały pierzaste chmurki. Nie było pełnego słońca - póki co. 

Zapas wody, niezbędne rzeczy i w drogę. Pierwszy fragment to saliny w okolicach Taviry i  rezerwat ptaków. Ubity piach i glina. Trochę kamieni i  drewniane kładki nad kanałami.


O nie. To ja - wersja cyklistka na wakacjach ;p
Kaski nieobowiązkowe. Pan się nawet zdziwił po co nam...
Charakterystyczne oznaczenia trasy z mapką i co kryje okolica.



Dalej trasa podobna  - pola, ubite polne ścieżki i sady granatów i mango.



Mały przystanek po dojechaniu do oceanu i punktu widokowego.... i dalej w drogę. 


 Rower męża. Kto by pomyślał, że znajdziemy w wypożyczalni prawie taki sam jak w domu.

 Trasa biegła prosto, ale stwierdziliśmy, że jak już jesteśmy w miejscowości wypoczynkowej z plażą to trzeba na nią zajrzeć i rozprostować kości. Odpoczynek na plaży w miejscowości Altura.


Później w wielkim skrócie asfalt, asfalt i górki. Było trochę błądzenia, ale dotarliśmy do Castro Marim.Teoretycznie wszystko się zgadzało...


Urocze Castro Marim.


 Most do Hiszpanii. I właśnie do tego miejsca wszystko się zgadzało, bo... w tamtą stronę były już same trasy szybkiego ruchu. Trochę pobłądziliśmy znajdując nieliczne oznaczenia, ale dalej pokierowało nas z powrotem do Castro Marim i ruin zamku. Dalej zakaz ruchu rowerowego itp. jak to na autostradzie. Trochę się wkurzyliśmy, bo oznaczenia zawiodły nas w punkt wyjścia. Zatem w pełnym słońcu i jakiś 33 stopniach jak nie więcej szykowaliśmy się do odwrotu.


Wracając znaleźliśmy trop. Powinniśmy nie jechać do Castro Marim tylko wjechać na trasę N122, którą przecinaliśmy. Nie pomyśleliśmy, że Ecovia w tym miejscu zmienia się z beztroskich ścieżek w ruchliwą trasę z TIRami. Ruch spory.

Takie miejsca mnie zbytnio stresują, więc moja złość na zgubioną drogę trochę mi minęła, jak to miałaby być ta trasa...

Na zdjęciu stacyjka kolejowa w szczerym polu z nazwą właśnie tej miejscowości - do zabudowań miejscowości o tej samej nazwie jest ok. 6 km ;p - to też nas trochę zmyliło...Mapa znaleziona w internecie z trasą Ecovii  - beznadziejna.



 Odpoczynek w drodze. Zrobiło się słonecznie. Jeszcze przed zachodem słońca zajechaliśmy o Taviry. Trochę zawiedzeni, ale cali i bezpieczni.



 Nasz fragment trasy, gdzie zaczęliśmy niepotrzebnie jechać na północ. Przy Sao Bartolomeu powinniśmy pojechać gdzieś prosto trasą szybkiego ruchu N122, a nie do Casro Marim. Póżniej rzeka niestety odcinała drogę, a na most, który ją przekraczał był zakaz ruchu rowerowego.


Mały wykresik z przewyższeniami (niebieskie) i prędkością (pomarańczowe) na trasie.
Nie było płasko. Fragmentami trzeba było się wtoczyć na 100-120 m n.p.m z poziomu praktycznie 20 i plaży :) Niebieska linia. Ale jak pod górkę to i z górki, więc można było poczuć wiatr we włosach. (wykres prędkości  - linia pomarańczowa).


 Poniżej mapka, a zatem: dotarliśmy do Castro Marim, a powinniśmy do Villa Real de Santo Antonio. Tylko, że niestety trzeba by było wjechać na trasę N122, a to już nas tak bardzo nie kusiło i darowaliśmy sobie. Zmęczeni wcześniejszym plątaniem się postanowiliśmy wrócić, aby jeszcze zdążyć przez zmrokiem.


Ale było super. Suma summarum do powtórzenia, mam nadzieję, jako całość 214 km. W najbliższym czasie na blogu opis drugiego końca Ecovii. Będziemy padałować z Sagres  na sam cypel! Znajdziemy punkt ZERO (km oczywiście).


niedziela, 18 marca 2012

Tavira - czas na odpoczynek

Po kilku dniach w Lizbonie byliśmy już zmęczeni zwiedzaniem i miastem. Pociągiem wybraliśmy się na południe - w region Algarve - to taki odpowiednik powiedzmy naszego Pomorza. Powiedzmy :)
Po przesiadce w miejscowości Tunes jedziemy do Taviry. Tory prowadzą wzdłuż brzegu, tak, że możemy z okna podziwiać ocean.

Tavira to niewielka miejscowość, ale o to nam chodziło. Leży nad brzegiem rzeki Gilao i oceanu, ale aby dostać się na plażę trzeba małym promem lub łódką dostać się na zewnętrzny pas wysepek. Delta rzeki rozcina teren tworząc rozlewiska i wyspy, które są doskonałym terenem dla różnych gatunków ptaków - tu też utworzono Rezerwat Naturalny Ria Formosa.
Najbardziej zewnętrzna wyspa to praktycznie sama plaża - patelnia. Długa, piaszczysta i pusta, prawie jak okiem sięgnąć. Poniżej mapka naszego spaceru i widok jak mniej więcej Ilha de Tavira wygląda.

 
Tutaj można spędzić cały dzień pod warunkiem posiadania kremu z filtrem 50.






 Klucz różowych pelikanów. Piękny widok.

 Samotna czapla (?) nad brzegiem rzeki.
 Codzienny rytuał: wizyta na porannym targu po owoce i... na plażę! :)


 Woleliśmy zdecydowanie owoce, niekoniecznie morza.


Charakterystyczne kominy. Wentylacja w stylu mauretańskim.
 Nad miasteczkiem góruje Starówka, z kościołami i runami mauretańskiego zamku. Stąd rozpościera się widok na całe miasteczko i pobliskie saliny, gdzie znajduje się rezerwat ptaków.




 Widok na rzekę Gilao.

Jak Portugalia, to azulejo. Na tej widok na Tavirę i herb miasta.
W punkcie centralnym most Ponte Romana i rzeka Gilao. 
To już na stacji. Po 4 dniach jedziemy dalej w drogę -  na koniec Europy.