sobota, 16 stycznia 2010

praski kawałek gliny

Będzie trochę ceramicznie i prasko... Bo po pierwsze: jakby nie było cegła to uformowana i wypalona glina, a po drugie liczne budynki z czerwonej cegły można zastać właśnie na Pradze. To tutaj można spotkać cegłę najwyższej w tamtych czasach* jakości sygnowaną nazwą cegielni "Kawęczyn" - Zakłady Cegielniane "Kazimierz Granzow".



* W 1883 miało miejsce kilka katastrof budowlanych. Zawaliły się wznoszone budynki przy ulicy Wspólnej i Niecałej. Badania przeprowadzone pod patronatem "Przeglądu Technicznego" wykazały, że cegły z budowy przy ulicy Wspólnej kruszyły się pod naciskiem 15 kG/cm2 . Postanowiono powołać komisję rzeczoznawców, która oceniłaby jakość produkowanych cegieł.

Ponieważ producenci materiałów budowlanych w świetle ówczesnych przepisów nie byli zobowiązani do przeprowadzania badań jakościowych, postanowiono zorganizować dobrowolny test. Zaproszono producentów z czterdziestu cegielni okręgu warszawskiego. Do konkursu zgłosiły się 22 firmy. Badaniom poddano cegły pełne, wyrabiane ręcznie i maszynowo.

W obu kategoriach zwyciężyła Cegielnia "Kawęczyn" należąca do Kazimierza Granzowa (wytrzymałość cegieł 194,3 i 267,4 kG/cm2).

wtorek, 12 stycznia 2010

lampa w zieleni oceanu





To moja pierwsza ceramiczna lampa. Zrobiłam ją jakiś czas temu dla Mamy z okazji Jej święta. Podstawa szkliwiona zielenią oceanu (1020-1080 stopni), a w zagęłębienia wtarta farba akrylowa brudne złoto. Abażur rzecz jasna kupiony gotowy :]

Jeszcze mam w głowie kilka lamp, ale obwaiam się, że nie będę w stanie przełożyć tego na glinę... ale spróbuję :]

ukwiał się kłania




Przed Państwem pan Ukwiał. Mieszka w warszawskim zoo, czyli właściwie jest moim sąsiadem. Lubi, gdy go odwiedzam, zajadamy się wtedy krewetkami i popijamy herbatkę :]
Ucieszył się, gdy odwiedziliśmy w Nowym Roku.

PS tak serio, to fajnie przejść się na spacer np. do ZOO. A żeby nie marznąć chowam się w budynkach i odwiedzam zwierzaki. Warto się wyrać nawet zimą, bo zoo świeci pustkami, a i tak można zobaczyć ok. 80% mieszkańców - "od podwórka" - czyli w budynkach, gdzie mają swoje "domostwa", a nie wybiegi... chociaż czasem któryś wynurzy nosa...

konkurs BLOG ROKU 2009

Jeśli chcesz oddać głos na mojego bloga, wyślij SMS o treści H00760 na numer 7144. Koszt SMS, to 1,22 zł brutto.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

trzęsąca się zachcianka :]



Ostatnio w myślach prześladowała mnie trzęsąca się słodycz. Gdy ją zrobiłam, ta ledwo stężała już szeptała z parapetu "zjedz mnie! zjedz mnie!". Cytryna i czarna porzeczka długo nie musiały mnie namawiać :] zanim zniknęły ze szklanek obiecałam im małą sesyjkę...




niedziela, 10 stycznia 2010

ceramiczne mydelniczki




Nie wiem kto wynalazł mydelniczki, ale zapewne tak jak i mydło - Fenicjanie.
Coraz rzadziej używamy mydła w kostce, a mydelniczki często są kupowane w całych zestawach łazienkowych lub zastąpione są dozownikami mydła w płynie.

Mimo wszystko jako prezenty świąteczne, które mogę pokazać dopiero teraz, postanowiłam zrobić mydelniczki. Pomyślałam, że to oryginalny akcencik w łazience. Do tego dokupiłam kostkę fajnego mydełka i prezencik jak znalazł. Starałam się trochę dopasować kolorystycznie do wnętrz. Jeśli nie przyda się w łazience na mydło, to może w kuchni na zmywak - mam nadzieję, że nowi właściciele mydelniczki jakoś spożytkują.

Mydelniczka ze srebrnym "czymś" we wnętrzu, to mydelniczka z akcentem celtyckim. Srebrną aplikację kupiłam w pasmanterii i odbiłam jeszcze w mokrej glinie przed wypałem. Szkliwiona szkliwem transparentnym crackle (1020-1080 stopni).






Mydelniczka brązowa jak i plamiasto-kawowa ma wzory ze stempli indyjskich, które już używałam na paterze. Użyłam nowych szkliw eksperymentalnie: koral i rutyl.






Koral debiutował, a jak zachowuje się rutyl na płaskich powierzchniach można zobaczyć na podstawkach pod kubki, które także zrobiłam z myślą o prezentach.





W mojej łazience zadomowiła się natomiast turkusowa. Posiada odbity wzór aplikacji, którą także kupiłam w pasmanterii i jej przeznaczenie jest zupełnie inne. Szkliwiona turkusem crackle. Szkliwo to bardzo płynie, więc łatwo ucieka we wszelkie zagłębienia - ma to swoje uroki, ale ciężko równo nim poszkliwić.





Wcześniej zrobiłam wersję z tym samym wzorem, co turkusowa, tylko ją wycięłam w kształt wzoru.


To mydelniczek jeszcze nie koniec, jeszcze mam w głowie kilka pomysłów :]

PS jutro z wakacji wraca Wiesław i Irena! A Stefanii kończy się szlaban...

piątek, 8 stycznia 2010

Meksykański akcent na Prażce



Mieszkam na Pradze Północ w Warszawie i cieszę się, że akurat tu. To urocza i niedoceniana dzielnica z drzemiącym potencjałem i bogatą historią. To tutaj można znaleźć najstarsze zabudowania Warszawy, które przetrwały wojny.

Postanowiłam odgrzebać trochę zdjęć i zrobić nowy dział z ciekawymi miejscami, starymi pozostałościami tej dzielnicy. Chcę pokazać kontrasty i smaczki. Nie mam pomysłu na tytuł działu, ale póki co niech będzie: smaczki praskie.

Na pierwszy rzut moja ulubiona kapliczka przy ul. Ząbkowskiej 12.

Dom pod tym adresem miał przed wojną żydowskich właścicieli. Mimo to w niszy na froncie stała figurka Matki Bożej. Po wojnie posążek zniknął. Podczas remontu kamienicy w niszy ponownie umieszczono figurkę Madonny z Lourdes.

W 1943 roku w podwórzu Ząbkowskiej 12 powstała kapliczka meksykańska, nazwana tak po przemalowaniu jej po kilkunastu latach istnienia farbą olejną na intensywny niebieski kolor.



O dawnych żydowskich mieszkańcach domu przypomina jednak niewielki ślad na framudze drzwi w narożniku bocznej i tylnej oficyny. Tutaj niegdyś przybita była mezuza, czyli pojemnik w formie rurki ze zwitkiem pergaminu z fragmentem Księgi Powtórzonego Prawa. Wchodząc do środka, religijni Żydzi dotykali ręką mezuzy, a następnie ust. Pamiątką z czasów okupacji jest stojąca na podwórku kapliczka. Kiedy ją stawiano (1943), w kamienicy nie było już żydowskich mieszkańców. Niemcy przesiedlili ich do getta.

czwartek, 7 stycznia 2010

kuchiś majstra lepigliny, czyli karnawałowe smażenie faworków



Ostatnio zrobiło się bardzo ceramicznie, mimo że było po drodze wiele smakołyków, które fajnie gdyby się pojawiły na moim blogu. Co prawda raczej na ostro, a nie na słodko - koktajlowo, ale przyczyna jest niestety przykra bowiem popsuł mi się mój blender. Kiedyś podam Wam mój przepis na "śledzie po wileńsku", bo ponoć były pyszne, ale to może poczekam do postu... a po naprawie blendera też obiecuję coś kawowego na zimowe senne dni.

Popsuty blender, zimno, krótkie dni...ale nie ma tego złego. Wiesław zabrał Irenę w jakąś podróż zostawiając zdawkową informację "wracamy w poniedziałek", a Stefania odsiaduje karę za nowojorskie eskapady.

Ja postanowiłam zrobić faworki, bo jak karnawał, to karnawał - pączki i chrust, to nie tylko symbole Tłustego Czwartku. Jak pomyślę, że już w czasach rzymskich, a później w Polsce zajadano się w tym czasie ciastem chlebowym nadziewanym słoniną, to cieszę się, że powstała u nas tradycja słodkich, ale też tłustych, jakby nie było, przysmaków.

Jak zauważyłam sekret w udanych faworkach to cieniutkie ciasto. Z mojego pudła z ceramicznymi narzędziami wygrzebałam wałek, który jak widać przydaje się u mnie nie tylko w kuchni. Chyba trochę pary mam w rękach i ciasto owszem wyszło cieniutkie, ale wałek ucierpiał :]



Jeśli chcecie zrobić faworki, oto i przepis sprawdzony przeze mnie:
1 szklanka mąki
3-4 żółtka
3 łyżki kwaśnej śmietany
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1-2 łyżki spirytusu

Z powyższych składników zagniatamy gładkie ciasto, gdy jest za mokre dodajemy mąki, gdy za suche trochę śmietany. Ciasto musi odchodzić od dłoni - nie może być mokre - zagniatając staramy się aby je dobrze wyrobić.

Dzielimy na 4 części i każdą cząstkę rozwałkowujemy na cieniutki placek. Im cieńszy, tym lepiej, ponieważ dzięki temu faworki będą kruche, a smażąc się będą tworzyły się bąbelki powietrza. U mnie grubość była niemal jak pergamin, tak, że było niemal lekko prześwitujące. Na spód pod ciasto nie dodawałam mąki ponieważ placek mi się przesuwał i ciężko się w ten sposób wałkuje, a gdy ciasto jest dobrze wyrobione nie ma z tym problemu.
Placek kroimy na paski o szerokości ok. 2-3 cm i długość ok. 10 cm, na środku każdego paska robimy nacięcie i przekładamy jeden z końców robiąc "kokardkę".
Smażymy na złoty kolor na rozgrzanym oleju.

(Oleju wlać na patelnię, tak, aby faworki mogły w nim pływać nie opierając się o dno). Usmażone faworki kładziemy na papierowe ręczniki (serwetki), aby odsączyć nadmiar tłuszczu.


Przekładamy do naczynia i posypujemy cukrem pudrem - to cała filozofia.


Smacznego!

PS z tej ilości mąki - wydawałoby się, że mało - wychodzi spora porcyjka... :]
PS skąd pomysł na taki dziwny tytuł "kuchiś majstra lepigliny..." wyjaśnię w Tłusty Czwartek, czyli 11 lutego 2010. Ale BDW do pozlepiane pasuje doskonale :]

wtorek, 5 stycznia 2010

konkurs BLOG ROKU 2009


Nie wiem, czy mam szanse, ale trzeba się dać zauważyć.
Jesli lubicie POZLEPIANE tutaj rzeczy głosujcie na mojego bloga :]

niedziela, 3 stycznia 2010

Stefania w Nowym Jorku




Stefania w Nowym Jorku czuje się jak ryba w wodzie... a raczej jak mewa w powietrzu. Stała bywalczyni Central Parku i pobliskiej Piątej Alei. Tradycyjnie zatrzymała się w hotelu Plaza gdzie wypiła szklaneczkę whisky w Oak Room niczym Ringo Star.



Skruszona wróciła niedawno na warszawską Pragę i grzeje skrzydełka w domowym zaciszu. Zanim zasnęła wyznała mi, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej...