wtorek, 6 marca 2012

azulejo - ceramiczne impresje


O portugalskich azulejo zaczęłam pisać w poprzednim poście. 

A teraz trochę kafli z życia codziennego.
Klatka schodowa jednej z kamienic ze skrzynkami na listy.
Podoba mi się taka "lamperia".



Fasada kamienicy w centrum.


Fasada kamienicy w centrum - detal.

Fasada kamienicy w centrum - detal.


Jeśli nie na fasadzie (bo wyjątkowo otynkowana), to jako oznaczenie placów i ulic.
Taka identyfikacja wizualna miasta mi odpowiada :)



 

Na fasadzie w starej części Lizbony.
Tak w ogóle klimatyczny ten odzieżowy.


I klimatyczny optyk...


Kiosk z gazetami, pocztówkami. Niestety w ostrym słońcu ciężko było mi zrobić zdjęcie, ale wokół drzwi widać jakieś detale płytek.


Kontrastowo. Ceramicznie i klasycznie.
  



 
 Na pchlim targu, o którym już wspominałam w poprzednim poście.


Z zabytkowym tramwajem ceramiczna fasada wygląda pocztówkowo :)
 



poniedziałek, 5 marca 2012

portugalskie azulejos - ceramiczne wspomnienia z wakacji

Jako, że ciężko mi się ruszyć z domu do pracowni po nowe rzeczy, które mogłabym pokazać na blogu, postanowiłam inaczej "ugryźć" wątek ceramiczny i powspominać trochę wakacji.

Portugalia to pierwszy kraj, do którego pojechałam za granicę jako dziecko. Może dlatego darzę ten kraj takim sentymentem. Może to wtedy gdzieś zostało mi zasiane ziarnko miłości do ceramiki?
Kto wie?  :)

Po wielu latach postanowiliśmy z mężem spędzić tam wakacje. Połowę mojego życia temu jechałam do Portugalii pociągiem. Była to super przygoda, bo do stolicy - Lizbony - dotarłam po 5 dniach podróży :)  zwiedzając po drodze (przesiadając się przy okazji): Kolonię, Brukselę, Paryż, Hendaye/Irun i Porto. W powrocie prawie to samo tylko, że kółko przez Madryt i Amsterdam.

Długo mogłabym się rozpisywać... - aż łezka się w oku kręci :) Ale tym razem korzystając z 2 tygodniowego urlopu opcja pociągu nie wchodziła w rachubę. Finansowo także, bo samolot jest tańszy. Ale i tak nie mogłam sobie odmówić jazdy pociągiem, autobusem, a tym bardziej rowerem, bo taka opcja też się zdarzyła, o czym obiecuję, że także napiszę.


Jak Portugalia to i piękne azulejos. To niebiesko-białe kafle, którymi zdobione były fasady kościołów, pałaców i zwykłych domów, kamienic. Oczywiście kolorystyka biało-niebieska, to ta najbardziej klasyczna, ale portugalskie kafle, to także inne kolory, o czym przekonałam się zwiedzając miasto i będąc w Narodowym Muzeum Azulejo w Lizbonie.

A teraz trochę mądrości: słowo azulejo pochodzi od perskiego "azraq", czyli "niebieski". Niektórzy historycy twierdzą, że od arabskiego "zalaja", co oznacza "szlifowany kamień".  Na półwysep iberyjski kafle przywieźli Maurowie - w XIV w. Przywieźli, a raczej siłą rzeczy przywlekli,  ale chwała im za to, bo mimo najazdu zostawili po sobie dużo wpływów kulturowych. Od tamtego czasu powstawały warsztaty w Sewilli (Hiszpania), później w Sintrze (miasto z królewskim kompleksem niedalego Lizbony) i pozostałej Portugalii. Po trzęsieniu ziemi w Lizbonie (1755 r.) nastąpił prawdziwy boom budowlany i rozkwit azulejos.


 (Panorama Lizbony z 1700 r.  - przed wielkim trzęsieniem ziemi.
Na długości 23 m przedstawione jest 14 km wybrzeża)

Najładniejsze zdobienia można spotkać nie tylko na fasadach w starej części Lizbony, ale w szczególności w Kościele Sao Vincente de Fora (św. Wincentego - patrona Lizbony), gdzie oczywiście z tego względu byłam (zdjęcia poniżej), i w Museu Nacional do Azulejo - czyli w Narodowym Muzeum Azulejo, któremu mam zamiar poświęcić osobny wątek. Po wizycie w Sao Vincente okazało się, że na tyłach kościoła rozciąga się pchli targ (Feira da Ladra - targ złodziei), gdzie także można było podziwiać stare kafle.


 Kafle i inne drobiazgi na pchlim targu - Feira da Ladra


 Widok z tarasu (dachu kościoła Sao Vincente de Fora - św. Wincentego za Murami)


  Widok z tarasu (dachu kościoła Sao Vincente de Fora - św. Wincentego za Murami)
...o! czyjś ogródek :)




A oto sam kościół Sao Vincente do Fora i ceramika zdobiąca jego wnętrza.












niedziela, 4 marca 2012

muffinki kokosowe z białą czekoladą!



Muffiny kokosowe z białą czekoladą, to wariacja na temat... czekoladowych z przepisu Nigelli Lawson. Pomyślałam, a co się stanie jak zamiast kakao wsypię paczkę wiórków kokosowych, zamiast ciemnej czekolady  - białą, a zamiast mleka - mleko kokosowe. I jeszcze trochę prawdziwej wanilii... Stać nic się nie stało, poza paroma deko więcej na wadze (?) bo po wieczornym wypieku 12 szt. zostały się.. okruszki :)




Wyszły słodkości! Jak ktoś nie przepada za zbyt słodkimi cistami, radzę dać mniej cukru - może zamiast 3/4 szklanki, to pół.  Biała czekolada jednak mocno dosładza nam wypiek :)



PRZEPIS na 12 szt. muffinek kokosowych z białą czekoladą.

S K Ł A D N I K I   S Y P K I E:
- 1 i 3/4 szklanki mąki
- 3/4 szklanki cukru, jak ktoś nie lubi zbyt słodkich rzeczy to może być pół szklanki
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
- opakowanie wiórków kokosowych - 100 gram
- 2 tabliczki białej czekolady posiekanej w kosteczki (przy tym najwięcej się schodzi czasu) - odejmujemy 2-3 łyżki do posypania muffinków po wierzchu - przed wstawieniem do piekarnika.

S K Ł A D N I K I   P Ł Y N N E:
- 1 szklanka mleka kokosowego (ewentualnie zwykłego)
- 1/3 szklanki oleju roślinnego np. najzwyklejszy rzepakowy, czy słonecznikowy
- 1 jajko

Mieszamy składniki sypkie w jednej misce, mieszamy płynne w drugiej. Wlewamy płynne do sypkich i łączymy parę razy mieszając widelcem, czy łyżką jak kto woli. Do mieszania nie używam miksera, bo nie ma takiej potrzeby - składników nie trzeba ubijać, wystarczy krótko zamieszać.
Do foremek wyłożonymi papilotkami nakładam 2-3 łyżki ciasta, co przekłada się na pół do trzech czwartych wysokości papilotki. Posypuje paroma kawałeczkami białej czekolady, której 2 łyżki odłożyłam od 2 posiekanych tabliczek. Wstawiam foremki na 20' do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza....i gotowe.  Mamy 12 pysznych muffinek :]
Prawda, że proste?



kociersy - kociaki w bloku

Kociers to edycja specjalna kota do bloku.
Nie trąca łapką, nie zwala z półek...co najwyżej je zawala.
Lubi chodzić parami, leżeć na parapecie i gapić się na sąsiedni blok lub wylegiwać się na słońcu na dywanie.





Koty ceramiczne.
Biała glina z szamotem. Jeden wypał na tzw. biskwit.  Szkliwa brak.

sobota, 3 marca 2012

spóźniona kartka okolicznościowa z ceramiczną ozdobą


Jako, że nie ruszam się z domu, nie wspominając, o tym, że ledwo po nim łażę, to niestety nie mogę się wybrać do pracowni po swoje najnowsze prace. Ale jeszcze będę hulać - nie ma co szaleć 4 dni po wyjściu ze szpitala - z resztą rewelacji się nie spodziewałam ;p

Ale nie ma tego złego, bo okazuje się, że w domowych kątach kryją się rzeczy, których na blogu nie pokazałam. Nadrabiam zatem zaległości, bo oto zapomniałam pochwalić się kartką świąteczną na BN, którą robiłam dla rodziny i znajomych.




Uwielbiam sama robić kartki okolicznościowe i jeśli jest ku temu okazja, to z niej korzystam.
Zatem kolejna kartka na święta była także ręcznie robiona, tym razem z elementem ceramicznym.
Z białej gliny bez szamotu zrobiłam gwiazdkę, której nie zdążyłam już poszkliwić. Zamysł był całkiem inny, bo: perłowa gwiazdka na bardzo jasno-kremowym, matowym papierze, a skończyło bardzo ekologicznie na surowej biskwitowej gwiazdce na tekturze drobno prążkowanej (nota bene to jakieś zachomikowane kawałki po moich zaproszeniach ślubnych - takie 4 lata temu mieliśmy z niej  koperty ;p) Tył podklejony papierem w kolorze gwiazdki - miejsce na życzenia - pisane ciemnym brązem, aby była spójność :)

Jak ktoś na to nie wpadł,  to się dowie, że gwiazdkę można było odwiązać od kartki i powiesić na choince :) 

ps Uff. zmachałam się. Buja mi się w głowie ja ozdoba na gałązce. To paaaa!


piątek, 2 marca 2012

muffinki bananowe z toffi


Wydawało mi się, że już dawno temu podzieliłam się tym przepisem, ale najwyraźniej mi się coś pomyliło. O muffinach czekoladowych też zapomniałam. Koniecznie muszę to nadrobić :)

Nie przepadam za deserami owocowymi. Albo owoce, albo czekolada i toffi - ale umaziane jedno w drugim... nie bardzo. Ale są wyjątki: muffiny bananowe z toffi. Nie myślałam, że będą takie dobre, ale co tu innego zrobić z przejrzałymi bananami... Koktajl zimą? Jakoś nie miałam ochoty.

Nigella w urodzinowym prezencie podsunęła mi przepis na tytułowe smakołyki.
Zatem do dzieła!

SKŁADNIKI:
- 3 bardzo dojrzałe banany
- 125 ml oleju roślinnego
- 2 jajka
- 250 gram mąki
- 100 gram drobnego cukru
- 0,5 łyżeczki sody oczyszczonej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 150 g kawałków toffi lub twardych krówek - posiekanych

Rozgniatamy banany na paćkę (ja używam widelca), dodajemy olej i jajka - mieszamy. Wsypujemy pozostałe składniki zostawiając trochę kawałeczków toffi. Całość mieszamy, aby składniki się połączyły - nie miksujemy - wystarczy widelec.

Nakładamy po 2 łyżki do papilotki (ja kupuję w Marks&Spencer - 70 szt. ok 5 zł).
Jeszcze kilka kawałeczków toffi do posypania - kawałeczki pysznie się rozpuszczą i wstawiamy muffinki do piekarnika na 20 minut. Temperatura 200 stopni.

Powinno wyjść ok. 12 muffinek.
Smacznego!






nowa etykieta, czyli będzie ekologicznie :)

Od czasu do czasu na moim pozlepianym blogu pojawiał się wątek "design - podoba mi się". Trochę to umarło za sprawą ogromu ilości pięknych rzeczy, które są warte uwagi, a trochę za sprawą ilości mojego czasu.

Poza tym pomyślałam, że wypadałoby bardziej do tego tematu się przyłożyć, ale do tego potrzebny by był osobny blog, a na to niestety już czasu brak. Pozostanę wierna "etykiecie" i od czasu do czasu coś dorzucę, co będzie nie tylko ładne, ale może i ceramiczne, typograficzne, a może... i ekologiczne (?)

... no właśnie! Ja właściwie chciałam poruszyć tu nowy wątek!

Jako, że pozlepiany blog ma to do siebie, że niektóre tematy nie są ściśle związane z ceramiką, to czas na nowy wątek, który planowałam od dawna. Może ktoś pomyśli, co słyszałam już nie raz, że próbuję naprawiać świat, (tak, tak wiem, że się nie da, ale będę uparta, może ktoś spojrzy na świat wokół siebie trochę inaczej).

Marzy mi się, abyśmy myśleli i postępowali bardziej ekologicznie. Może niektórzy pomyślą, że to brzmi trochę patetycznie i tanio, ale prawda jest taka, że chcąc nie chcąc musimy o tym pomyśleć: co zamiatamy pod dywan...

Oto i grafika


ps właściwie mój dywanowy global warming chyba był pierwszym krokiem w tym kierunku... Zatem trzeba to kontynuować :) Ale nie martwcie się: nie będzie listów, petycji i alarmów. Może wystarczą póki co ładne plakaty? ciekawe produkty? Taki mały "przypominacz" od czasu do czasu.

czwartek, 1 marca 2012

mecz i po meczu - Polska:Portugalia

Jedyne co mi się nasuwa po wczorajszym meczu towarzyskim to:
- ładny mamy Stadion Narodowy... a no ładny :)
- zeszłe wakacje w Portugalii były pięknie... Chyba wzięło mnie na wspominki.

Może niebawem, jak poczuję się lepiej, powspominam coś więcej (?) W końcu było tam bardzo ceramicznie.

A to tramwaj w stolicy...  Portugalii rzecz jasna.


środa, 22 lutego 2012

Hummus - smaczna i prosta historia



Ostatnio będąc w jednej z warszawskich knajpek* bez większego zastanowienia zamówiłam na przystawkę hummus. Od razu przypomniał mi się smak tego, który jeszcze w okolicach Nowego Roku jadłam w Stambule. Bałam, że się zawiodę, ale byłam mile zaskoczona.
Jako, że było pysznie, to postanowiłam spróbować sama zrobić tą wywodzącą się z Libanu pastę.  Okazało się, że to całkiem prosta rzecz i nie trzeba gotować ciecierzycy i szukać po sklepach z orientalną żywnością pasty sezamowej tahini, która jest drugim z najważniejszych składników. Można poradzić sobie w łatwiejszy sposób, a efekt jest naprawdę zaskakująco podobny (i pyszny) do tych które dotychczas jadłam.

Jak sama nazwa wskazuje hummus to głównie ciecierzyca (z arabskiego - dosłowne tłumaczenie), biały groszek. Można kupić suchy, tak jak fasolę, czy groch na wagę, moczyć go i ugotować, ale równie dobrze sprawdza się ten w puszce.

Oto mój prosty przepis na humus:
  • puszka ciecierzycy
  • ¼ płynu z puszki ciecierzycy
  • łyżeczka soku z cytryny
  • 2-3 łyżki tahini (pasty sezamowej) lub jeśli nie mamy (tak jak ja), to bierzemy 2 łyżki masła orzechowego, łyżeczkę oleju sezamowego i łyżkę ziaren sezamu.
  • 1-2 zgniecione ząbki czosnku (przy dwóch ząbkach wychodzi mocna - postrach wampirów :))
  • pół lub 1 łyżeczkę soli (do smaku jak kto lubi)
  • 1 łyżkę oliwy

    Całość miksujemy blenderem na gładką masę. Podajemy z chlebkiem pita lub z bułeczkami z czarnuszką, tudzież innym pieczywem,  a całość przybieramy pokruszonymi orzeszkami ziemnymi lub pietruszką.
  • SMACZNEGO!
 * jak w temacie: PROSTA HISTORIA, bistro, ul. Francuska 24





niedziela, 19 lutego 2012

Historia pewnej miłości, czyli Stefan w Japonii


To był mroźny poranek, kiedy Stefan wylądował w Japonii. Jego delikatne ptasie serce ogarnął dziwny smutek. Przycupnął na mostku w parku. Padał wtedy gęsty śnieg.

  
Gałęzie lekko kołysały się pod ciężkim śniegiem gdy ciszę zakłócił trzepot skrzydeł Midori.


Stefan znieruchomiał niczym zmarznięta trzcina w pobliskim jeziorze.
Nigdy nie widział tak pięknych kształtów.


Cały smutek odpłynął, bowiem w tej chwili ich wzrok się spotkał. Tak, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Jego serce zostało w Japonii na zawsze, przy Midori.