Ta pomieści ciacha i małe owoce.
piątek, 16 grudnia 2011
na coś więcej...
Tym razem coś nieco większego od poprzedniego, orzeszkowego maleństwa.
Ta pomieści ciacha i małe owoce.
Ta pomieści ciacha i małe owoce.
wtorek, 13 grudnia 2011
drobiazgi w turkusach
Już zapowiedziałam, że zrobiło się turkusowo, zatem, jeśli ktoś ma dosyć monochromatyczności, będzie musiał się uzbroić jeszcze w cierpliwość. Oto kolejna produkcja z turkusowej zimy - miseczka na drobiazgi... orzeszki? kolczyki? odkładane drobne...? Jak kto woli.
niedziela, 11 grudnia 2011
turkusowa zima
Niestety w tym sezonie były tylko 2 wizyty w pracowni... Na szczęście owocne i co nieco mogę pokazać.
Jeden z owoców mojej pracy dostanie ktoś na prezent :]
Patera w turkusach. (odciskane drewniane stemple indyjskie do zdobienia materiałów robionych met. batiku, biała glina, turkus krakle).
Jeden z owoców mojej pracy dostanie ktoś na prezent :]
Patera w turkusach. (odciskane drewniane stemple indyjskie do zdobienia materiałów robionych met. batiku, biała glina, turkus krakle).
zaległości i zbliżający się koniec...
Zaległości co niemiara, więc chyba nawet nie ma sensu ich rozgrzebywać i nadrabiać. Przez pracę i brak czasu, lub odwrotnie... z resztą, to rzeczy bardzo powiązane, jakoś tak wyszło.
A myślałam o drugim blogu rowerowym... chyba śnię... nierealne w takim układzie.
Cóż czas leci, a koniec roku się zbliża. A jak koniec roku i zima, to i koniec sezonu rowerowego... niestety. Już na moim "liczniku" widać po statystykach, że ostatnio więcej pada i coraz zimniej... chociaż to i tak mi nie straszne.
Ale i tak cieszę się z takiego grudnia :)
A myślałam o drugim blogu rowerowym... chyba śnię... nierealne w takim układzie.
Cóż czas leci, a koniec roku się zbliża. A jak koniec roku i zima, to i koniec sezonu rowerowego... niestety. Już na moim "liczniku" widać po statystykach, że ostatnio więcej pada i coraz zimniej... chociaż to i tak mi nie straszne.
Ale i tak cieszę się z takiego grudnia :)
niedziela, 28 sierpnia 2011
poziomkowe mikro zbiory
Mikro, bo cóż można uzbierać z balkonowej skrzynki... Od czasu, do czasu garstka, ale dobre i to :) mniam!
mantra na dwie pętelki
Po przyjeździe i podejściu na Kalatówki (1250 m n.p.m) zapadła już noc. Podziwialiśmy wieczorne niebo i ciszę, jakiej w mieście brak. Następnego dnia czas na pierwszą i długo wyczekiwaną wycieczkę - w końcu mamy tu tylko 3 dni!
Postanowiliśmy wybrać się w ładne miejsce, gdzie spokojnie można sobie dojść, odetchnąć, a pierwszego dnia się nie zmasakrować. Padło zatem na dolinę Gąsiennicową. Z Kalatówek zeszliśmy do Kuźnic (1010 m n.p.m), gdzie już z samego rana kolejka ludzi na Kasprowy była dłuższa niż liny samej kolejki na tę górę...
Podreptaliśmy przez Dolinę Jaworzynki na Przełęcz Między Kopami zwana Karczmiskiem (1499 m n.p.m.).
Za przełęczą kilka chwil i byliśmy już przy schronisku w Hali Gąsiennicowej - w Murowańcu (1500 m n.p.m.).
Po wchłonięciu szarlotki podeszliśmy do Czarnego Stawu Gąsienicowego (1624 m n.p.m). Chłonęliśmy widok chyba z godzinę, aby jeszcze móc popodziwiać go z góry weszliśmy na przełęcz Karb (1853 m n.p.m.).
Jest to przełęcz między Małym Kościelcem, a Kościelcem, na którym był śnieg (!).
Z karbu rozpościera się z jednej strony piękny widok na Czarny Staw Gąsiennicowy i z drugiej strony na pozostałe stawy po drugiej stronie doliny.

Poszliśmy w dół do drugiej części Doliny Gąsiennicowej, która skrywała liczne jeziorka, m.in. Czerwone Stawki, Długi Staw, Staw Kurtkowiec, Zielony Staw - to te stawy widać ze szczytu Kasprowego.
Przeszliśmy dolinę nie schodząc już do schroniska Murowaniec, tylko weszliśmy na Skupniów Upłaz i zeszliśmy nim do Kuźnic.
Nie lubię tego odcinka od Boczania - taki strzał w kolano po długiej wycieczce - małe kamory i glina...
A jakby tego było mało... jeszcze podejście z Kuźnic do Kalatówek :) Ale reasumując było pięknie i warto się tam wybrać. W drodze odprawiałam swoją mantrę 1, 2 - wdech, 3 i 4 wydech... i tak zgodnie z biciem serca. Nie ma nic lepszego dla pracownika korporacji jak sobie w górach wyszeptywać przez cały dzień swoją mantrę na dwie pętelki :)
Postanowiliśmy wybrać się w ładne miejsce, gdzie spokojnie można sobie dojść, odetchnąć, a pierwszego dnia się nie zmasakrować. Padło zatem na dolinę Gąsiennicową. Z Kalatówek zeszliśmy do Kuźnic (1010 m n.p.m), gdzie już z samego rana kolejka ludzi na Kasprowy była dłuższa niż liny samej kolejki na tę górę...
Podreptaliśmy przez Dolinę Jaworzynki na Przełęcz Między Kopami zwana Karczmiskiem (1499 m n.p.m.).
Za przełęczą kilka chwil i byliśmy już przy schronisku w Hali Gąsiennicowej - w Murowańcu (1500 m n.p.m.).
Po wchłonięciu szarlotki podeszliśmy do Czarnego Stawu Gąsienicowego (1624 m n.p.m). Chłonęliśmy widok chyba z godzinę, aby jeszcze móc popodziwiać go z góry weszliśmy na przełęcz Karb (1853 m n.p.m.).
Jest to przełęcz między Małym Kościelcem, a Kościelcem, na którym był śnieg (!).
Z karbu rozpościera się z jednej strony piękny widok na Czarny Staw Gąsiennicowy i z drugiej strony na pozostałe stawy po drugiej stronie doliny.

Poszliśmy w dół do drugiej części Doliny Gąsiennicowej, która skrywała liczne jeziorka, m.in. Czerwone Stawki, Długi Staw, Staw Kurtkowiec, Zielony Staw - to te stawy widać ze szczytu Kasprowego.
Przeszliśmy dolinę nie schodząc już do schroniska Murowaniec, tylko weszliśmy na Skupniów Upłaz i zeszliśmy nim do Kuźnic.
Nie lubię tego odcinka od Boczania - taki strzał w kolano po długiej wycieczce - małe kamory i glina...
A jakby tego było mało... jeszcze podejście z Kuźnic do Kalatówek :) Ale reasumując było pięknie i warto się tam wybrać. W drodze odprawiałam swoją mantrę 1, 2 - wdech, 3 i 4 wydech... i tak zgodnie z biciem serca. Nie ma nic lepszego dla pracownika korporacji jak sobie w górach wyszeptywać przez cały dzień swoją mantrę na dwie pętelki :)
góry nasze góry
Ostatnio zapracowana, zapomniałam już dawno o długim weekendzie sierpniowym. Tradycyjnie wybraliśmy się... nie, nie nie na rowery - tym razem w góry. A jak góry, to oczywiście Tatry i Kalatówki jako baza wypadowa w góry. W ten weekend padł ponoć rekord turystów w Zakopanem, ale na szczęście w samych górach może było 5% całego towarzystwa.
Taki plus bycia w górach, a nie w górskiej miejscowości. Kalatówki to hotel-schronisko, który położony jest na polanie Kalatówki, 45' pieszo wg. drogowskazu z Kuźnic po górkę. Cisza i spokój - uwielbiam tam być.
W nocy póki nie zamkną schroniska można obserwować rozgwieżdżone niebo, ostatnie kursy kolejki z Kasprowego (oczywiście bez turystów, tylko z transportem śmieci lub zaopatrzeniem). Żyć nie umierać - błogi spokój.
Niebo nad polaną Kalatówki - księżyc w pełni i aparat na 60 s.
Taki plus bycia w górach, a nie w górskiej miejscowości. Kalatówki to hotel-schronisko, który położony jest na polanie Kalatówki, 45' pieszo wg. drogowskazu z Kuźnic po górkę. Cisza i spokój - uwielbiam tam być.
W nocy póki nie zamkną schroniska można obserwować rozgwieżdżone niebo, ostatnie kursy kolejki z Kasprowego (oczywiście bez turystów, tylko z transportem śmieci lub zaopatrzeniem). Żyć nie umierać - błogi spokój.
Niebo nad polaną Kalatówki - księżyc w pełni i aparat na 60 s.
krem z dyni
Wracając z pracy podjechałam do warzywniaka po jabłka... Oczywiście na tym się nie skończyły zakupy, bo zobaczyłam, że już są dynie. Kupiłam kawałek i następnego dnia na obiad był krem z dyni z grzanką. Przygotowanie jest proste i szybkie.
Potrzebujemy:
- kawałek surowej dyni - dla 2 osób ok. 1/8 dyni, taki kawałek o boku 10 cm - jak na zdjęciu.
- mała cebula
- ząbek czosnku
- pół litra rosołu lub wywaru z warzyw
- curry
- pieprz
- masło ok. 2 łyżki
Na maśle zeszklić posiekaną drobno cebulkę, dodać dynię pokrojoną w kostkę, starty ząbek czosnku. Podsmażyć, przyprawić curry. Jak dynia będzie trochę się rozpadać lub zacznie się lekko karmelizować zalać całość pół litrem rosołu. Ja zrobiłam go z 1 kostki drobiowej - nie dodaję później soli do zupy. Gdy dynia będzie miękka zmiksować zupę na krem. Podawać z grzanką.
Jeśli chcecie, aby zupa była bardziej sycąca można dodać 2 ziemniaki pokrojone w kostkę razem z dynią - na samym początku. Całość można posypać uprażonymi ziarenkami dyni. Smacznego!
Potrzebujemy:
- kawałek surowej dyni - dla 2 osób ok. 1/8 dyni, taki kawałek o boku 10 cm - jak na zdjęciu.
- mała cebula
- ząbek czosnku
- pół litra rosołu lub wywaru z warzyw
- curry
- pieprz
- masło ok. 2 łyżki
Na maśle zeszklić posiekaną drobno cebulkę, dodać dynię pokrojoną w kostkę, starty ząbek czosnku. Podsmażyć, przyprawić curry. Jak dynia będzie trochę się rozpadać lub zacznie się lekko karmelizować zalać całość pół litrem rosołu. Ja zrobiłam go z 1 kostki drobiowej - nie dodaję później soli do zupy. Gdy dynia będzie miękka zmiksować zupę na krem. Podawać z grzanką.
Jeśli chcecie, aby zupa była bardziej sycąca można dodać 2 ziemniaki pokrojone w kostkę razem z dynią - na samym początku. Całość można posypać uprażonymi ziarenkami dyni. Smacznego!
czwartek, 28 lipca 2011
Niezobowiązująca pięćdziesiątka.
Pomimo deszczowej aury jakoś udaje mi się trafiać na okna pogodowe - nie tylko z pracy do pracy, ale także w nie mniej deszczowy weekend. Wypróbowałam trasę dalszym odcinkiem wału nad Wisłą - tym razem jeszcze bardziej na południe od mostu siekierkoweskiego.
Z "mojej" Pragi pojechałam tradycyjnie niemalże jak do pracy, Wałem Miedzeszyńskim, później siekierkowskim, a następnie w nowe rejony, czyli na Wał Zawadowski. Pierwszy odcinek trochę męczący - wyjeżdzony fragment trawy na wale na szerokość opony sprawiał, że żałowałam, że nie zjechałam na ścieżkę obok elektrociepłowni. Na szczęście po jakimś czasie pojawiła się asfaltowa droga równoległa do Wisły i rzecz jasna do wału. Pośród pól kapusty, buraków, kukurydzy i pięknie kwitnących słoneczników dotarłam do miejscowości Obórki. Czas naglił, bo miałam jeszcze tego dnia kilka spraw, więc postanowiłam zawrócić na mostku nad rzeczką Jeziorką (właśnie ta rzeczka płynie z Konstancina-J. i wpada w Obórkach do Wisły).
Trasa bardzo wygodna, bo wraca się przez Powsin i Wilanów. Polecam czasem sobie zrobić "niezobowiązującą pięćdziesiątkę". Kto mieszka bardziej na południu może pojechać do miejscowości Gassy.... ale o tym innym razem.
Z "mojej" Pragi pojechałam tradycyjnie niemalże jak do pracy, Wałem Miedzeszyńskim, później siekierkowskim, a następnie w nowe rejony, czyli na Wał Zawadowski. Pierwszy odcinek trochę męczący - wyjeżdzony fragment trawy na wale na szerokość opony sprawiał, że żałowałam, że nie zjechałam na ścieżkę obok elektrociepłowni. Na szczęście po jakimś czasie pojawiła się asfaltowa droga równoległa do Wisły i rzecz jasna do wału. Pośród pól kapusty, buraków, kukurydzy i pięknie kwitnących słoneczników dotarłam do miejscowości Obórki. Czas naglił, bo miałam jeszcze tego dnia kilka spraw, więc postanowiłam zawrócić na mostku nad rzeczką Jeziorką (właśnie ta rzeczka płynie z Konstancina-J. i wpada w Obórkach do Wisły).
Trasa bardzo wygodna, bo wraca się przez Powsin i Wilanów. Polecam czasem sobie zrobić "niezobowiązującą pięćdziesiątkę". Kto mieszka bardziej na południu może pojechać do miejscowości Gassy.... ale o tym innym razem.
niedziela, 17 lipca 2011
pierwsze kroki w soutache
Dziś zrezygnowałam niestety z wycieczki rowerowej na rzecz zdobywania nowych doświadczeń. Wybrałam się na kameralny kurs robienia biżuterii soutache, czyli dzierganie w ślizgającej się tasiemce sutasz między kamykami i plączącą się nitką. Mimo wszelkich trudności będę próbowała coś jeszcze zrobić. A oto dzisiejszy efekt.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















