wtorek, 8 września 2009

sushi...








Uwielbiam sushi... Zasmakowało mi od pierwszego zetknięcia, a było to na konferencji, kiedy to powstawał magazyn Logo. Robiła go jakaś tam najlepsza suszarnia w wafce ę ą. Sama, przyznam się, nigdy nie byłam w sushi barze. Przerażają mnie ceny i sądzę, że nie ma sensu wydawać tyle kasy za coś, co nie jest nawet składnikowo tyle warte. Oczywiście pomijam kawiory i inne cuda, których do ust nie wezmę. W kilku innych miejscach też udawało mi się być darmozjadem (taka czasem praca ;p) i na kilka innych firmowych prezentacjach miałam okazję porównać sobie smaki sushi. Powiem tyle: robię w domu może proste, bo z łososiem, paluszkami krabowymi, rybą maślaną lub zaszalaję z krewetkami, ale smakuje (powiem nieskromnie) tak samo dobrze jak w niejednej warszawskiej knajpie sushi. Przynajmniej żyję w słodkiej nieświadomości tak myśląc, ale mam nadzieję, że moim sobotnim gościom: sąsiadom i ich znajomym z Belgii i rodzinnych stron smakowało.

Może, jeśli ktoś wykaże taką wolę lub gdy będę miała okazję robić ponownie, to zrobię lekcję "sushi krok po kroku" :]

1 komentarz:

  1. wpraszam się do Ciebie na sushi, o! tylko jeszcze nie wiem kiedy ;o)

    OdpowiedzUsuń